Powrót na stronę główną
Społeczeństwo

Nie możesz mieć dziecka? Adoptuj!

  • 8 sierpnia 2016
  • Gabriela Deda
  • Komentarzy: 27
  • Odsłon: 3169

ALA MA KOTA

Poznajcie Alę. Ala ma dziewięć lat i jest bardzo szczęśliwą dziewczynką. Chodzi do szkoły, dobrze radzi sobie z matematyką, ma kochających rodziców, starszego brata i najlepszą przyjaciółkę. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko jednego – kota. O malutkim kotku, który miałby nazywać się Filemon, marzy już od bardzo dawna. Do tej pory rodzice byli nieugięci, ale w końcu mama Ali uznała, że może warto kupić córce wymarzonego zwierzaka. Jednak najpierw Ala musi iść z mamą do alergologa, by upewnić się, że kot nie będzie jedynie zmartwieniem. Alę bada miła pani, która opowiada dziewczynce o swoich trzech kotach, czym jeszcze bardziej nakręca dziewięciolatkę. Mała Alicja już wyobraża sobie jak będzie zajmować się swoim pupilem. Jednak po chwili mina pani doktor diametralnie się zmienia. Coś szepce mamie na ucho. Ta z kolei po usłyszeniu tego, co ma jej do powiedzenia kobieta w lekarskim kitlu, zabiera córeczkę i wraca do domu.

Wieczorem do pokoju córki przychodzi tata. Siada obok niej, bierze głęboki wdech i mówi:

– Kochanie, pani doktor powiedziała, że nie możesz mieć kotka, przykro mi. Ale możemy kupić małego pieska, który zamiast sierści, na którą masz alergię, ma włosy!

Wszystkie marzenia dziewczynki właśnie runęły. Ona chciała kota! Małego, słodkiego kotka, a nie psa! I co teraz? Ma się zadowolić czworonogiem, którego nigdy nie chciała?! Bez sensu! Nie chce zadowalać się czymś, czego nigdy nie chciała tylko dlatego, że to o czym marzy jest poza jej zasięgiem. To niesprawiedliwe. Ale takie już jest życie.

JAŚ I MAŁGOSIA

Teraz poznajcie Gosię – trzydziestolatkę z dobrą posadą oraz kochającym mężem u boku. Ma cudowne mieszkanie, z którego jest niesamowicie dumna. Jednak w tym mieszkaniu stoi jedno urządzone pomieszczenie, które przez nikogo nie jest odwiedzane.

Pokój dziecka.

Trzy miesiące temu Gosia dowiedziała się, że cierpi na niepłodność. Wszyscy od razu zaczęli ją pocieszać, mówiąc: „nie przejmuj się, zawsze możesz adoptować”. Ale dlaczego miała adoptować dziecko, skoro chciała mieć własne? Chciała przez dziewięć miesięcy nosić pod sercem swoje maleństwo, czuć każde jego kopnięcie i przeżywać bóle porodowe. Bo poród z całą pewnością byłby mniej bolesny niż świadomość, że Małgosia nigdy nie zostanie mamą.

NIBY INNE, A TAKIE SAME

Co łączy Alę i Gosię? Przede wszystkim fakt, że ich najważniejsze marzenia runęły w gruzach oraz to, że inni zachęcają ich do zadowalania się czymś, o czym tak naprawdę nigdy nie marzyły. Skończył się kisiel, więc zjedz budyń.

Adopcja nie jest taką prostą sprawą, jak wielu osobom się wydaje. Przede wszystkim dlatego, że nie wszyscy po prostu chcą wychowywać dziecko mając świadomość, że nie jest to ich biologiczny potomek. I nie ma w tym absolutnie niczego złego. Nie każdy się do tego nadaje. Ludzie, którzy całe życie marzyli o dziecku nagle pozbawiani są możliwości posiadania go, bardzo często nie widzą zupełnie innego rozwiązania. Dla nich to koniec świata.

W Polsce na niepłodność cierpi około 20-25% par. Z kolei w domach dziecka jest około 70 tysięcy dzieci. To oznacza, że bezpłodnych par jest znacznie więcej niż dzieci spędzających swoje życie w domach dziecka. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tyle dzieci nie ma domu, dlaczego pary, które nie mogą mieć własnych dzieci nie decydują się na adopcję? Z kilku powodów. Niechęć do adopcji w ogóle – jak już wspomniałam – jest jednym z głównych powodów. Ale poza tym są oczywiście inne przyczyny, między innymi taka, że pozwolenie na adopcję jest naprawdę trudno zdobyć. Szereg warunków, które należy spełnić dla wielu par jest nie do przeskoczenia, co od razu może zniechęcić.

Poza tym w domach dziecka przebywa bardzo dużo dzieci chorych lub dzieci powyżej siódmego roku życia, a takich nikt nie chce. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale takie są statystyki. Adopcja dzieci starszych niż siedem lat w zasadzie nie ma racji bytu. Bo mają już pewien światopogląd, nie można ich wychowywać „od zera”, nieczęsto da się wpoić im własne wartości – a przecież dla wielu par taki jest sens rodzicielstwa. Podobnie sprawa ma się z dziećmi chorymi. Potrzebują one znacznie większej uwagi oraz – nie oszukujmy się – większego nakładu środków finansowych. W związku z tym do adopcji „nadaje się” jedynie 10% z tych 70 tysięcy. To bardzo mało.

Innym powodem, dla którego pary nie decydują się na adopcję są wymogi ośrodków adopcyjnych – osoby leczące się na niepłodność często muszą zakończyć leczenie, by móc starać się o adopcję jakiegoś dziecka. To również może zniechęcać, bo przecież nikt nie chce zrezygnować z nadziei, że kiedyś zostanie rodzicem. To naprawdę ogromny dylemat, który często jest nie do rozwiązania.

My, osoby zdrowe lub takie, które nie planują jeszcze (bądź w ogóle) mieć dzieci, nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakim cierpieniem staje się codzienność dla osób z niepłodnością. Adoptować? Dalej się leczyć? Co warto zrobić? Co chcę zrobić? Czy jesteśmy gotowi na wychowywanie cudzego dziecka? Czy kiedyś będziemy traktować je jak własne? Ale co jeśli leczenie się nie powiedzie i nigdy nie zostaniemy rodzicami?

Te i całe mnóstwo innych pytań zawsze mają inną odpowiedź. Ale pocieszenie osób cierpiących na niepłodność tekstami w stylu: „przecież możesz dokonać adopcji!” jest pozbawione sensu, nie róbcie tego. Bo nie każdy chce. Bo nie każdy może. Bo nie każdy jest na to gotowy. I nie możemy ich do tego zmuszać.

Dla wielu z nas niepłodność równa się adopcja. Błąd! Adoptować małego pieska ze schroniska jest łatwo. Ale adoptować dziecko? Poświęcić mu się w całości? To już znacznie trudniejsze zadanie. Szczególnie, gdy w głowie ma się świadomość, że to taki budyń, bo na kisiel nie ma szans, wycofali go z produkcji. Takie podejście może zniszczyć życie nie tylko dziecku z ośrodka, ale również samym adoptującym. Adopcja nie może być oczywistym rozwiązaniem problemu. Bo dzieci to nie małe pieski, którym wystarczy podsunąć pod nos miskę z karmą. Pamiętajmy o tym i nie namawiajmy niepłodnych par do adopcji. Przecież nie chcemy zniszczyć nikomu życia, prawda?

***

Wpis powstał w ramach projektu „Blogerzy vs. Niepłodność”, który zapoczątkowała Daga. Do tej pory ukazało się już kilka tekstów na przeróżnych blogach, które obalać mają różne mity na temat niepłodności. Wszystkie te wpisy możecie znaleźć na Facebooku pod hasztagiem #nieplodnosciniewidac

Zdjęcie 1 2
  • Bardzo trafne porównania ☺
    Niestety większość ludzi uważa, że to na Nas niepłodnych spoczywa obowiązek wręcz adopcji dzieci, tylko dlatego, że nie możemy mieć własnych. Tylko nikt nie potrafi zrozumieć tego, że nie chcemy mieć jakiegokolwiek dziecka byle by tylko mieć. Nie. My chcemy swoje dziecko. Nosić je w sobie przez 9 miesięcy, czuć ruchy, obserwować rozwój od samego początku.
    Chcemy też buldoga francuskiego. To nie znaczy, że zadowolimy się każdym innym psem. Wiem, że kiepsko wygląda porównanie dziecka do psa, ale każdy ma swoje marzenia.
    My chcemy mieć własny dom, a nie mieszkanie w bloku.
    Buldoga francuskiego, a nie obojętnie jakiego psa.
    I własne dziecko. Nie czyjeś. Tylko własne . Z naszych genów i komórek. Będące naszą małą kopią. A najlepiej troje takich własnych maluchów.
    Póki co każde z tych pragnień pozostanie tylko marzeniem…

  • Świetnie wymyśliłaś te porównania.
    Podoba mi się, że piszesz bez ogródek jak jest. Niestety adopcja nie jest dla każdego. Nie każdy ma na to siłę, nie każdy ma warunki, chęci i możliwości. Nie każdemu którzy chcą udaje się mieć dziecko z adopcji. Czasem trzeba czekać na nie latami.

    Cieszę się, że miałaś właśnie ten temat. Poradziłaś sobie! ;) Super! Dziękuję, że wzięłaś udział w akcji!! <3 Bez CIebie to by nie było to samo! ;)

  • Te porównania w punkt!
    Bardzo dobrze poradziłaś sobie z tym trudnym tematem. Ludzie często nie myślą co mówią, „weź sobie adoptuj.” Dla pary, która pragnie mieć własnego potomka to jak liść w twarz. Obudźcie się macie jeszcze możliwość mieć dziecko. Ale oni chcą swoje.

    Po za tym adoptowane dziecko potrzebuje znacznie więcej miłości i opieki. Nie wiemy co tak na prawdę już przeżyło. Nie każdy potrafi zająć się takim dzieckiem. Przykład z bliskiego kręgu: Pani zaadoptowała 2 dzieci, bo nie mogła mieć swoich. Czemu dwójkę, a nie jedno? Bo zawsze zazdrościła koleżance, która miała 2 chłopców. Tylko, że sobie nie poradziła. Chłopcy teraz do dojrzałymi mężczyznami, którzy nie mają dobrych stosunków z rodzicami, piją za dużo i nie potrafią stworzyć normalnego związku, ani znaleźć stałej pracy. Gdzie leży błąd? Moim zdaniem nie każdy się nadaje, na wychowanie dzieci z adopcji.

    Pozdrawiam

    • Co nie znaczy, że jej własne by nie piły i ze swoimi by sobie poradziła :).

      • Nie ma co gdybać. Może by sobie poradziła, może nie. Dzieci z adopcji wymagają znacznie więcej miłości, troski. Można adoptować jedno dziecko, a nie dwójkę o razu. Zwłaszcza gdy dzieci są już starsze i pamiętają swoje wcześniejsze, rodzinne życie.

        • Kiedy właśnie nie gdybam. Za to z Twojego komentarza wywnioskowałam, że ze swoimi własnymi, by sobie poradziła – co już jest gdybaniem ;).

  • Trudny temat, a w takich kwestiach nie ma jednej słusznej odpowiedzi, choć z Twoim tekstem jak najbardziej się zgadzam. Ilu ludzi na świecie, tyle historii, tyle celów, marzeń i pragnień i tyle samo poglądów na różne, zwłaszcza te trudne kwestie. Do niczego nikogo zmuszać nie wolno, bo nikt nie weźmie potem na siebie odpowiedzialności za podjętą decyzję. Bo przecież to była nasza decyzja. Tak samo my nie możemy pozwolić sobie na podejmowanie decyzji pod czyjąś presją, bo ktoś tak radzi. Mnie się wydaje, że każdy w tak trudnych sprawach powinien działać zgodnie ze samym sobą, tym co czuje i myśli. Bo odwrotu może nie być, albo może on okazać się bardzo trudny.

  • Świetnie to opisałaś. Adopcja to ogromnie trudna decyzja i rady w stylu „zawsze możesz adoptować” są zupełnie nie na miejscu. Trzeba mieć naprawdę ogromne serce, żeby szczerze pokochać dziecko z adopcji i wychować jak własne. Nie każdy się do tego nadaje, nie każdy sobie poradzi. I nie każdy tego chce.

  • Bardzo obrazujące porównanie. Tak jak powtarzam w swoich tekstach takie decyzje to indywidualne decyzje każdego z osobna. Nie można nikogo oceniać albo namawiać na coś czego ktoś nie chce.Najważniejsze jest to co dana osoba czuje i nikt nie powinien wpływać na decyzję niepłodnych osób co do in vitro, adopcji itd. Cieszę się, że ta akcja powstała i mam nadzieję, że chociaż 1% ludzie coś z niej wyniesie.

  • Wydaje mi.się, że podejście do adopcji dzieci nie powinno wyglądać na zasadzie: nie możesz mieć dzieci to adoptuj. A płodne pary to nie mogą zaadaptować dziecka? Uratować jakiejś istotce życia? Czyli dziecko z domu dziecka to taka OSTATECZNOŚĆ. Śmieć po prostu, którego ktoś jednak zdecydował się zrecyklingować. Takie podejście ludzi do adopcji jest brutalne i żenujące. Ludzie, którzy tak myślą o adopcji, nie chcą mieć dziecka, żeby dać komuś życie i.sprawić, żeby było szczęśliwe. Nie, oni chcą mieć zabawkę, chcą je mieć z egoistycznych pobudek. Bo musi mieć ich nosek, nożę, oczka i nie wiadomo, co jeszcze. Wiedzą, ile dzieci siedzi w domach dziecka, ale.oni muszą mieć swoje i koniec. Co za egoizm. No i w ostateczności, jak już staną na głowie, spróbują wszystkich sił to.można wziąć tego śmiecia do recyklingu. Ale wiadomo, to już nie będzie to.samo. Bo chcieli kotka a mają pieska. A najlepiej jeszcze jak słyszę, że: nie.wiadomo, co Ci się trafi. Jak.się nie potrafi wychowywać dzieci,, to najlepiej zwalić na geny. Podsumowując chciałam zwrócić uwagę na to, że dziecko można adoptować, nawet.jak się jest.płodnym! I ja jestem za tym, żeby zachęcać do tego wszystkie pary, nieważne, czy płodne czy nie. Może zasieje się w ten sposób ziarenko w ich głowach i w ten sposób uratują komuś życie. Nie wydaje mi się, żeby propozycja adopcji miała jakiejś parze zrujnować życie. Proces adopcyjny trochę trwa, więc para ma.czas na przemyślenie sprawy i raczej nikt nie adoptuje dziecka tylko dlatego, że znajomy mu to zaproponował. Przepraszam, ale jak dla mnie takie teksty tylko zniechęcają do adopcji. Co to znaczy, że nie każdy się do tego nadaje? Świetny argument! Rzucić takim „nie nadaję się do.tego” i po sprawie. Człowiek nawet nie wybrał się do domu dziecka, ale już wie. Do procesu adopcyjnego można się zgłosić nawet jak się nie wie, czy się do tego nadaje i sam proces.jest już tak skonstruowany, że można się o tym przekonać i w ostateczności nawet wycofać. Ale jeżeli to „ja się nie nadaję” polega na tym, że dziecko musi mieć moje oczka, nóżki i dupkę to Ci rodzice wgl nie.powinni mieć dzieci, bo tak jak pisałam, pisałam, chcą mieć zabawkę a nie dziecko. Pisałam z telefonu, więc przepraszam za literówki.

    • Ty z kolei zakładasz, że wszyscy powinni adoptować dzieci, bo to dobry uczynek i dzięki temu można uratować jakieś dziecko. Pewnie, że to cudowny gest i adopcji dokonać mogą płodne pary, ale nie wmówisz mi, że każdy się do tego nadaje. Bo jeśli ktoś nawet zdecyduje się na adopcję, bo myśli, że dzięki temu pomoże temu dziecku, a potem okazuje się, że jednak nie może go pokochać tak, jak swojego? I w pierwszej lepszej kłótni zacznie dziecku wypominać, że jest adoptowany. Wtedy też jest dobrze? Dobrze jest, gdy dziecko czuje się niekochane? No ale przecież ktoś je wziął z domu dziecka, więc powinno być wdzięczne i się cieszyć, że nie spędza tam reszty życia.
      Pewnie, niektórzy są w stanie całkowicie poświęcić się dla dziecka – nie ważne czy biologicznego czy adoptowanego. Ale niektórzy nie. I to nie podlega wątpliwości.
      Ale dziękuję za komentarz i wyrażenie swojej opinii. :)

      • Nie zakładam tego, bo napisałam, że proces adopcyjny jest tak skonstruowany, że można z tego się wycofać, jeżeli się czuje, że to nie to. Jednak jak nie sprawdzisz, to się nie dowiesz. I tak, bardzo bym chciała, żeby każda para, która chce mieć dziecko pomyślała „ej, a może pójdziemy do domu dziecka zapytać jak to wygląda z adopcją”, ale to utopijne i niemożliwe. :) A jeżeli chodzi o niemożność pokochania dziecka, no to właśnie to ma pokazać proces adopcyjny. Nikt nie zmusi nikogo do adopcji, jeżeli ten po licznych rozmowach z psychologiem i spotkaniach z dziećmi czuje, że nie potrafi tego zrobić. A jeżeli miałoby już dojść do takiej sytuacji w życiu, że ktoś wziął dziecko do adopcji i po iluś tam latach ciśnie mu się na usta, żeby powiedzieć, że jest adoptowany i przez to gorszy to ta osoba powinna się powstrzymać i zamknąć buzię. To jest jej problem a nie dziecka, że podjęła błędną decyzje. Jednakże, jeżeli ktoś jest już tak okrutny i to powie, to mój rachunek jest taki:
        Życie dziecka w rodzinie:
        – normalne życie
        – normalne relacje ze znajomymi ze szkoły
        – możliwość wychowywania się w dobrym towarzystwie
        – możliwość różnych form rozwoju (mam na myśli te odpłatne, za które nie ma kto dzieciom w domu dziecka zapłacić)
        – możliwość pójścia na studia
        – brak piętna społecznego
        plus usłyszenie, że jest się gorszym, bo jest się adoptowanym jest lepsze od:
        Życie dziecka w domu dziecka:
        – życia z świadomością, że nikt Cię nie kocha
        – życie w trudnym otoczeniu
        – trudniejsze relacje w szkole (bo to ten z domu dziecka)
        – mniejsze możliwości rozwojowe
        – trudne wejście w dorosłe życie nie mając praktycznie nic
        – mega utrudniona możliwość pójścia na studia
        Więc z mojej logiki wynika, że nie czuć się kochanym w normalnym domu a nie czuć się kochanym w bidulu, to jednak lepiej w domu. Poza tym, czy nie może stać się i tak, że własnemu, biologicznemu dziecku powie się, że się go nie kocha? Że się ma go dość? Że się go nienawidzi? Ludzie zakładają, że jak będą mieć własne dziecko, to będzie idealne, grzeczne i najcudowniejsze. A jeżeli ktoś nie potrafi przekazać dziecku wartości, to nie ważne, kto je urodził, tak czy siak może mieć ono zły kontakt z rodzicami.

        • Pamiętajmy też, że proces adopcyjny to nie tylko spotkania par z dziećmi, ale i dzieci z potencjalnymi przyszłymi opiekunami. Gdyby wszystkie pary chciały przekonać się, czy są w stanie dokonać adopcji, byłoby mnóstwo zawiedzionych dzieci, które zapewne wielokrotnie musiałyby się przekonać, że jednak jakaś rodzina nie chce/nie może/nie jest gotowa ich adoptować. Para zapomni, bo próbowali, ale nie wyszło. Ale dziecko po którymś razie w końcu się załamie, a w jego głowie będzie huczało „nikt mnie nie chce”.

          • Poczytaj o tym jak wygląda proces adopcyjny. Po pierwsze nie od razu wysyła się rodziców do dzieci. Po drugie nie mówi się dzieciom, że „uwaga rodzice przychodzą Was oglądać, zachowujcie się”. Poza tym, jeżeli ktoś chce zaadoptować niemowlaka, a jak sama napisałaś, to większość przypadków, Twój argument wgl nie ma sensu, bo takie dzieci nie wiedzą, co się dzieje. I nie rozumiem, jak dziecku, które mieszka w domu dziecka ma huczeć w głowie „nikt mnie nie chce”, po tym, jak pojawią się tam jacyś ludzie. Jakby na co dzień nie miało takich myśli… Porównałaś na początku dzieci z domu dziecka do zwierząt. Stworzyłaś okropną metaforę.” Ona chciała kota! Małego, słodkiego kotka, a nie psa! I co teraz? Ma się zadowolić czworonogiem, którego nigdy nie chciała?!” To jest straszne i nie spodziewałam się czegoś takiego, po Twoich miłych i mądrych komentarzach na moim blogu, ale pójdę w Twoje ślady myślowe. To tak jakby powiedzieć, żeby nie chodzić z pieskami ze schroniska na spacery, bo będą czuły, że i tak je zostawiamy w tym schronisku, więc najlepiej, żeby ich nie odwiedzać. Smutne.

          • Coś czuję, że w tej kwestii się nie dogadamy. Ty nie rozumiesz mojego sposobu myślenia, a ja nie rozumiem Twojego. Niepotrzebnie nadinterpretujemy. :) Tak czy siak absolutnie nie chciałam, żeby ten tekst miał negatywny wydźwięk – większość osób odebrała go odpowiednio. Moje porównania były „inne”, ale nie chodziło mi o to, by kogokolwiek zniechęcać do adopcji, a o to, by niektórzy zrozumieli, że dla niepłodnych par adopcja nie jest jedynym i ostatecznym rozwiązaniem. I nie należy ich tego namawiać.
            Również uważam, że adoptowanie dziecka to cudowny gest i niesamowita radość – móc zaopiekować się kimś, kto tego potrzebuje. :)

          • Też mi się tak wydaje. Przeczytaj może sobie ten tekst jeszcze z perspektywy dziecka, które właśnie siedzi w sali komputerowej w domu dziecka i pomyśl, czy niektóre zdania, by go nie zabolały. Dobrze, że chociaż w tej ostatnie kwestii się zgadzamy.

          • Mama F.

            Zgadzam sie z Blue Kangaroo.I tylko chcialabym dodać, ze cale życie jest pasmem niezrealizowanych wyborow, które wynikają z rozmaitych okoliczności lub wlasnych ograniczeń.I ze po przeplakaniu „kotka” można z ogromną radością wejść w relację z „pieskiem” i potem, z perspektywy cieszyć sie, ze wyszło tak, a nie inaczej..

  • Bardzo trudny temat i jakże smutna prawda. Nie jest łatwo adoptować dziecko. Nigdy nie ma się pewności, czy będziemy w stanie je wychować tak jakbyśmy tego chcieli, lub czy pokochamy je jak swoje własne. Zwłaszcza, kiedy runęły nam właśnie marzenia o posiadaniu własnego dziecka. Nie jest to decyzja, którą powinniśmy podjąć na hop siup. Oj nie. Wymaga to wiele przygotowań i chęci, a także papierologi bo system w Polsce nie sprzyja adopcjom. Jednakże nie powinniśmy zamykać się i na taką opcję. Jeśli już pogodzimy się z bezpłodnością i nadal pragniemy malucha, czemu nie dać szansy porzuconemu dziecku? Jednak to wszystko musi wyjść od nas, a nie od szepczących przyjaciół i cioć dobrych rad.

  • Bardzo trafne porównania! Każdy z nas jest inny, nie każdy jest gotowy na adopcję. To bardzo poważny krok i ludzie, któzy się nie zetknęli z tego typu problemami nigdy tego nie zrozumieją, dla niektórych to aż za proste – wziąć i adoptować.. A przecież tak jak własnie piszesz, z tym wiążą się konkretne zobowiązania, często wykraczające poza możliwości par :( smutne to, ale prawdziwe. A najgorsze jest to, że niektórzy zachodzą w niechciane ciąże z ogromną łatwością, a pary które starają się o dziecko już bardzo długo i cały czas im nie wychodzi, mimo usilnych starań.. Gdzie tu sens i logika?

    • P.S. Przy okazji – nominowałam Twój blog w Liebster Awards, szczegóły u mnie w najnowszym poście. Zapraszam do zabawy ;)

  • Podoba mi się ta akcja. Moja wrodzona twardość w zasadzie się zeruje, kiedy porusza się temat adopcji i spraw z tym związanych. W mojej rodzinie dość sporo kobiet jest tym dotkniętych i boję się cholernie, że kiedyś i ja usłyszę takie słowa od lekarza. Ale gdybym tylko spełniła te wymogi adopcyjne, nie wahałabym się.

  • Ten uderzył mnie najbardziej. Sama ostatnio miałam podejrzenia, że nie będę mogła mieć dzieci. Na szczęście okazały się błędne, ale ważna rozmowa z partnerem, pozostała w głowie na zawsze. Ta chwila, w której wypowiada to zdanie „najwyżej zaadoptujemy sobie bobo”, niezapomniane wrażeni i odziwo w mojej głowie zabrzmiało to jak błogie lekarstwo na całe zło. Adoptowane czy własne, ważne, że będzie tak samo kochane. A to już wszystko kwestia psychiki.

  • świetny artykuł :) przeczytałam jednym tchem, świetne porównanie tych pozornie niezwiązanych ze sobą historii. ludzie oczywiście nie rozumieją, co Ali za różnica, czy będzie miała kotka, czy pieska, albo czemu Gosia rozpacza, skoro może przecież adoptować dziecko. ludzie ogólnie wiele nie rozumieją, dopóki nie wyjdą ze swoich ciasnych głów i nie spojrzą na świat okiem innych ludzi.
    pozdrawiam :)
    PS skończył się kisiel, zjedz budyń, uwielbiam ♥

  • Pingback: Podsumowanie projektu "Blogerzy vs Niepłodność" - SOCJOPATKA.PL()

  • A ja nie kupuję tego rozumowania. Ok – niepołodność można leczyć i dopóki można, a para marzy o SWIOM dziecku, trzeba to robić. Natomiast zaczynasz tekst od bajki o malej Ali, która chce kotka i rodzice na wieść od alergologa, proponują jej kupno pieska. Czyli rozumiem, że ‚kotek’ to dziecko, które mogę urodzić, a ‚piesek’ to dziecko, które mogę zaadoptować.
    Tylko widzisz, rodzice w tej konkretnej bajce, chcą dobrze dla swojej córki. Wiedzą, że nie może mieć kotka, bo jest uczulona, więc proponują pieska, którego może pokochać tak samo mocno, tylko trzeba dać mu szansę. Jakie byłoby lepsze rozwiązanie, które mogliby wprowadzić?

    Są takie sytuacje, kiedy nie ma innej drogi. Ja wiem, że adopcja to cholernie trudny temat (do ogarnięcia pod kątem formalnym i do przyswojenia pod kątem mentalnym), ale jeżeli nie istnieje żadna opcja (bo np. z przyczyn światopoglądowych kobieta nie chcę zdecydować się na metodę, którą odrzuca jej wiara), to co ma zrobić? I jak wówczas powinni zachować się jej bliscy?

    • Moim zdaniem nie powinni naciskać na adopcję i nie powinni traktować tego jako naturalny ‚drugi wybór’. Niepłodność nie równa się adopcja. I wiem, że nikt nie doradza tego, żeby specjalnie sprawić komuś przykrość, ale to może być dość kłopotliwe. :)

CZEŚĆ!
Studiuję polonistykę, piję dużo książek, czytam jeszcze więcej kawy i czasami trochę miesza mi się od tego w głowie. :)
Najpopularniejsze
Facebook
Wyzwanie czytelnicze
Obserwuj mnie na Instagramie

@gabriela.deda