Powrót na stronę główną
Literatura

Krakowskie biblioteki to dno

  • 12 maja 2016
  • Gabriela Deda
  • Komentarzy: 8
  • Odsłon: 624
Wszyscy doskonale wiedzą, że kocham biblioteki. Uwielbiam chodzić między półkami i wybierać książki do przeczytania na najbliższe dni. Mogłabym spędzać w nich całe dnie! Zdarzało mi się chodzić do biblioteki po kilka razy dziennie, bo pochłaniałam książkę za książką. Do biblioteki w Chrzanowie, która pełni funkcję powiatowej, mam niezwykły sentyment i jeśli tylko jestem w mieście rodzinnym, zawsze urządzę sobie do niej wycieczkę. Jest tam też biblioteka pedagogiczna, ale w niej bywam rzadziej – tylko jeśli w głównej nie ma tego, czego szukam, bądź gdy po prostu nie mam czasu do niej iść.

Gdy dowiedziałam się, że zostałam przyjęta na studia, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było pójście do krakowskiej biblioteki wojewódzkiej i wyrobienie sobie w niej karty. Na początku roku akademickiego wyrobiłam sobie też karty w trzech kolejnych bibliotekach. Ale wiecie co? Krakowskie biblioteki to dno. I mam na to mocne argumenty.

Pierwszy raz poirytowałam się podczas wizyty właśnie w bibliotece wojewódzkiej. Na zajęciach z poetyki, prowadząca zaleciła nam napisanie manifestu na dowolny temat. Już od początku wiedziałam, o czym chcę napisać, ale uznałam, że warto poczytać jakieś manifesty mistrzów, tak dla przykładu, bardziej pod względem językowym niż tematycznym. Poszłam więc do tej nieszczęsnej biblioteki i zapytałam, czy mogłaby mi pani wskazać, gdzie dostanę manifesty jakiegokolwiek autora, mogą być Jasieńskiego. Pani spojrzała na mnie, szeroko otwierając oczy, po czym wydukała: „niech pani idzie piętro wyżej, tam panie pomagają tworzyć bibliografie to prac naukowych, bo ja nie wiem czym są manifesty i gdzie może je pani znaleźć”.

Co?

Kobieta, która pracuje w wojewódzkiej bibliotece, powinna więc mieć wykształcenie z tym związane, nie wie czym jest manifest?

Czekajcie, jeszcze raz.

Kobieta z wykształceniem bibliotekoznawcy nie wie czym jest jeden z popularniejszych gatunków literackich?!

Nosz ja pierdzielę.

Wyszłam. Oczywiście nie poszłam do pani zajmującej się tworzeniem bibliografii, bo uznałam, że szkoda mojego zachodu. Dzień później pojechałam do Chrzanowa i poszłam do malutkiej biblioteki pedagogicznej, o istnieniu której nie wie nawet większość mieszkańców tego miasta. Miałam mało czasu, więc wycieczka do biblioteki głównej nie była możliwa.

– Dzień dobry – witam się grzecznie z pracującą tam panią. – Czy mogłaby mi pani pomóc w znalezieniu jakiejś książki, w którym są zebrane manifesty?

– Manifesty? – Pani zdjęła z nosa swoje okulary. – Jest pani pierwszą osobą, która pyta mnie o manifesty. A pracuję tutaj już trzydzieści lat! Może być Jasieński?

Widzicie różnicę między jedną z największych bibliotek w Krakowie, a malutką biblioteką, którą odwiedza może jedna osoba dziennie (i to przy dobrych wiatrach)? Niekompetencja tamtych kobiet śmierdzi na kilometr. Albo dwa. Ewentualnie dziesięć.

Inną sprawą, która drażni mnie w bibliotece wojewódzkiej jest nastawienie pracujących tam kobiet. Wczoraj na przykład pani o mało nie zabiła mnie wzrokiem, gdy podawałam jej książki do zwrotu. Bo przecież poprosiłam ją o to, co należy do jej obowiązków, a tak się nie robi. Mruczała coś niezrozumiałego pod nosem, po czum syknęła w moją stronę „to wszystko”. Nienawidzę czegoś takiego. Rozumiem, że można mieć zły dzień, ale ta kobieta ma zły dzień za każdym razem, gdy jestem w tej bibliotece. A domyślacie się chyba jak często tam bywam.

Poza tym mam wrażenie, że w tej wojewódzkiej bibliotece wielkość księgozbioru jest niezwykle zbliżona do księgozbioru znajdującego się w głównej bibliotece chrzanowskiej. Nie wydaje Wam się, że wojewódzka biblioteka powinna być znacznie bogatsza niż powiatowa? Ale to już może tylko moje czepialstwo.

Kolejną wielką biblioteką jest Biblioteka Jagiellońska. Tutaj w sumie mam jedno zastrzeżenie, które jednocześnie rozumiem i nie razi mnie jakoś bardzo. Chodzi mianowicie o to, że Jagiellonka to tak naprawdę biblioteka-niebiblioteka. Wszystko trzeba zamawiać przez Internet, nie ma możliwości pochodzenia między półkami i poszukania interesujących tytułów. Zamawiasz coś przez stronę, a po godzinie możesz iść to odebrać. Nie ma możliwości wcześniejszego przejrzenia książek. Jest to utrudnienie, choć jak mówię – jestem w stanie to zrozumieć. Biblioteka Jagiellońska – z racji tego, że pełni funkcję biblioteki narodowej (to znaczy, że każde wydawnictwo ma obowiązek dostarczać do niej po dwa egzemplarze każdej wydawanej książki) ma ponad pięć milionów pozycji, wobec czego pozwolenie na swobodne przechadzki między półkami mogłoby być niezbyt dobrym rozwiązaniem. Poza tym do Jagiellonki nie mam zastrzeżeń. Bardzo dobrze się tam czuję (szczególnie pracując w Czytelni Głównej), ludzie są sympatyczni i – przede wszystkim – kompetentni.

Biblioteka Wydziału Polonistyki UJ-tu to już w ogóle jest kpina. Zdecydowanie najmniej lubiana przeze mnie. Nie dość, że pracujący w niej ludzie są tak niemili, że głowa mała, to jeszcze sam system wypożyczeń i prolongat jest po prostu śmieszny. Przede wszystkim jeśli chcesz wypożyczyć jakąś książkę, musisz zapisać na karteczce swoje imię i nazwisko, tytuł oraz autora danej książki, a do tego sygnaturę. Trzeba zrobić to wszystko na podstawie papierowych katalogów znajdujących się przed biblioteką. Nie można zamówić sobie książek przez Internet i po prostu ich odebrać, nie. Do tego prolongata książek musi być wykonana osobiście. Nie ma możliwości przedłużania terminu zwrotu przez stronę (mimo, że taką oczywiście posiadają). Rozumiecie? Studenci polonistyki, którzy na jednego kolosa czytają po 30 książek, nie mogą dokonywać prolongaty przez Internet i za każdym razem trzeba tam przychodzić i prosić o to, by pan łaskawie przedłużył tę książkę. I to tylko o dwa tygodnie! Nie no, to naprawdę jest żenujące.

Sami chyba rozumiecie, dlaczego biblioteka w Chrzanowie moim zdaniem jest na dużo wyższym poziomie niż te wielkie krakowskie biblioteki. Obsługa jest miła, pomocna i przede wszystkim zna się na rzeczy. Nie odsyłają do pań na wyższym piętrze, nie każą szukać w Internecie, nie każą też przychodzić za każdym razem, gdy kończy się data zwrotu.

Nie wiem czy we wszystkich bibliotekach w dużych miastach tak jest, ale mam ogromną nadzieję, że Kraków jest po prostu wyjątkiem. Bardzo niefortunnym, ale jednak tylko wyjątkiem.
  • Wprost „uwielbiam” osoby, które robią łaskę poproszone o coś, co należy do ich podstawowych obowiązków. Ciekawe, czy pani z równie wielkim entuzjazmem odbiera wypłatę ;-).

  • No proszę, proszę…U mnie z bibliotekami też różnie bywało… najczęściej korzystałam z mojej Uczelnianej, która była małą biblioteczką, bo to nie Uniwersytet Łódzki, ani nie biblioteka Uniwersytetu Medycznego, tylko mała biblioteczka Katedry Humanistycznej Uniwersytetu Medycznego. :)
    Pani była przekochana, chociaż jej wiedza, też pozostawiała wiele do życzenia. Nic nie wiedziała, nie pamiętała co ma, a jak czegoś szukała to nigdy nie mogła znaleźć. Po jakimś czasie, kiedy zorientowałyśmy się, jak wygląda sytuacja, zawsze z koleżankami prosiłyśmy ją, abyśmy same mogły wejść i poszukać książek, których potrzebujemy.:)

    Od stycznia przeprowadziłam się na osiedle, na którym się wychowałam. Zapisałam się do osiedlowej biblioteki i doznałam szoku. Przede wszystkim, co miesiąc mają około 20 wydawniczych nowości. Bardzo mi się to spodobało. Do tego mają bloga, na którym mogę śledzić co nowego zakupili. Problem jest tylko taki, że książki te schodzą jak świeże bułeczki. Więc trzeba się zapisywać.
    Nie spodobało mi się to na początku, ale potem stwierdziłam, że przynajmniej dzięki temu mam jakiekolwiek szanse na dostanie tych książek, które chcę przeczytać. Pracuje też tam taka młoda dziewczyna, z którą dogadałam się, że mailowo mogę pisać co chciałabym rezerwować, a ona mi pisze co już na mnie czeka. Żyć nie umierać. :)

  • Oj tak, problem podejścia pracujących do „klienta” jest ogromnym problemem. W bibliotekach i sekretariatach. Jakby nam łaskę robiły, że wykonają swoją pracę. Nie miałam pojęcia, że jest aż tak źle z bibliotekami w Krakowie. Ja sama zdecydowanie wolę wyszukać pozycje w internecie w wersji pdf ostatnio. Mówię tu o pozycjach potrzebnych do pracy magisterskiej czy licencjackiej. Nie lubię użerać się z paniami :)

  • Ja nigdy nie miałam potrzeby korzystania intensywnego z bibliotek, ale kiedyś dla własnej przyjemności zapisałam się do wojewódzkiej, żeby móc pożyczać beletrystykę i byłam ogromnie rozczarowana liczbą (a raczej jej brakiem) pozycji. Bez szaleństwa po prostu. W bibliotece gminnej w Niepołomicach czułam się swobodniej i częściej coś dla siebie wynajdywałam niż w wojewódzkiej. Moje wspomnienia są zupełnie podobne do Twoich aktualnych odczuć! :)

  • Coś w tym jest, Gabrielo. Też zauważyłem taką prawie zasadę, że im większa biblioteka tym bardziej traktują człowieka bezosobowo. Kto wie, czy nie jest to zwyczajnie różnica między pasją do wykonywanego zawodu, jakiej nie utracili bibliotekarze w małych ośrodkach a jej brakiem u pracujących w bibliotecznych molochach.

  • Jakoś specjalnie nie musiałam nigdy korzystać z biblioteki w Poznaniu, jedyne to co przy pisaniu pracy lic, a później mgr. Co prawda tylko biblioteka UE spełniała moje oczekiwania, natomiast biblioteka UP jak dla mnie porażka, bo książki też są dostępne tylko na zamówienie. Myślę, że te biblioteki tak funkcjonują ze względu na ich masowość. Przewija się tam sporo ludzi i trzeba jakoś to wszystko ogarnąć. To jednak nie usprawiedliwia zachowania tej Pani ;) Zgadzam się z tym, że mniejsze miejskie biblioteki są lepiej nastawione na czytelnika :)

  • Uuu współczuję.. aż takich akcji chyba jeszcze nie miałam, no może w jednej, gdzie nie mogłam wypożyczyć książek do pracy tylko musiałam kserować konkretne strony któe mnie interesowały, to była jakaś masakra :)

CZEŚĆ!
Studiuję polonistykę, piję dużo książek, czytam jeszcze więcej kawy i czasami trochę miesza mi się od tego w głowie. :)
Najpopularniejsze
Facebook
Wyzwanie czytelnicze
Obserwuj mnie na Instagramie

@gabriela.deda