Powrót na stronę główną
Związki & Seks

E, Kryśka, wytatuowałem se ciebie

  • 17 sierpnia 2015
  • Gabriela Deda
  • Komentarzy: 37
  • Odsłon: 1623

Opowiem Wam dzisiaj krótką historyjkę. Na faktach, więc słuchać uważnie!

Jest sobie Kryśka i Staszek. Idą do liceum i już w pierwszej klasie zakochują się w sobie i tworzą parę – z początku jest to związek irytujący dla wszystkich wokół, ponieważ Kryśka chodzi do innej klasy niż Staszek, więc na każdej przerwie stoją na korytarzu i zasysają się tak, jakby te czterdzieści pięć minut rozłąki było dla nich nie do zniesienia. Potem wszystko się trochę uspokaja i w końcu zaczynają tworzyć fajną, zdrową i – przede wszystkim – nikogo nie irytującą relację.

Są ze sobą przez całe liceum i nikt nie ma wątpliwości, że będą ze sobą jeszcze długi czas. Wciąż wrzucają na fejsbuka wspólne zdjęcia oraz statusy.

Pewnego dnia, na początku wakacji po maturze, Kryśka wrzuca na swoją tablicę zdjęcie swoich pleców i przedramienia Staszka. Na jej plecach widnieje wytatuowana kłódka, na jego przedramieniu – klucz. Ja pierdolę. Wysyłam szybko zdjęcie Lubemu i piszę: „czekam na koniec związku”.

Trzy tygodnie później pisze do mnie koleżanka z pytaniem czy Kryśka i Staszek są jeszcze razem. A skąd ja mam to wiedzieć? Nawet z nimi nie rozmawiam. Szybkie obczajenie fejsbuka – cholera. Wszystkie wspólne zdjęcia zniknęły. Wszystkie statusy zniknęły. Wszystkie słodkie komentarze pod postami i zdjęciami zniknęły.

A tatuaże zostały.

Kocham tatuaże i marzę o zrobieniu sobie jakiegoś od kilku dobrych lat, jednak nigdy nie przestanę twierdzić, że ludzie, którzy tatuują sobie swoje imiona lub robią „wspólne tatuaże” nie są zbyt rozgarnięci. Możecie mi podawać miliony przykładów na to, że takie pary są teraz szczęśliwe i mają nawet gromadkę dzieci, ale ja i tak puknę się w czoło i powiem, że to idioci. Sorry not sorry.

Nigdy nie masz pewności na to, że się z taką osobą nie rozstaniesz. Nieistotne czy jesteście ze sobą miesiąc, dwa lata czy ćwierć wieku. Zawsze może się stać coś, co spowoduje, że Wasz związek się rozpadnie – choćby z dnia na dzień. Nawet w wieku osiemdziesięciu lat nie zdecydowałabym się na wytatuowanie sobie imienia mojego lubego, bo nigdy nie wiem, czy na łożu śmierci (moim bądź jego) nie wyzna mi nagle, że dwadzieścia lat temu zdradził mnie z jakąś hot czterdziechą. No po prostu nie i koniec.

Ale jest jedna możliwa ewentualność. Jeśli chcesz sobie jednak wydziarać imię swojej drugiej połówki, zrób to na pośladku. Dlaczego? Bo jak będziecie razem, to będziesz mogła mówić, że tylko on ma tam dostęp, a jak zerwiecie, to zawsze możesz stwierdzić, że właśnie tam go masz – w dupie.

  • Ja ogólnie nie mam przekonania do tatuaży – u innych są spoko, ale sama nie wyobrażam go sobie. Niedawno jeden mi się spodobał, ale żeby tak zostać z nim na całe życie, to się jednak boję. A co, jeśli mi się za 5 lat przestanie podobać – niby wybielić można, no ale chyba nie o to chodzi. Tym bardziej więc nie rozumiem pisania imienia faceta i tego typu miłości, o której pisałaś :)

  • Młodość ma to do siebie, że się popełnia błędy. Również takie. A na błędach człowiek uczy się najszybciej. Ale faktycznie imiona są chyba najczęściej coverowanymi tatuażami :)

  • Zawsze można zrobić jak Radzio, zmienić Dodę na Indianina;)

  • Też uważam że tatuowanie sobie imion, czy jakieś wspólnych znaków jest głupotą. Nigdy nie wiemy co nas w życiu spotka.

  • Mam kilka tatuaży, ale imienia partnera/męża bym sobie nie wytatuowała. Nigdy nie wiadomo, co się w życiu wydarzy, a nie zawsze da się tatuaż usunąć. Myśleć trzeba zanim się go zrobi.

  • Puenta bardzo mi się podoba :) Ja tatuaży nie mam, ale prędzej bym sobie wytatuowała coś związanego z moim synem niż partnerem. W końcu z facetami jak z autobusami – w końcu będzie następny ;)

  • Mistrzowska puenta. ;) Moim zdaniem każdy, kto chce mieć tatuaż powinien poczekać z tym pomysłem rok, jeśli za rok mu nie przejdzie to go, go, go! – niech se robi. Przyznam, że ja kiedyś (kiedy byłam młoda) myślałam o tym, by wydziarać sobie imię mojego chłopaka – nie po polsku, bo to tandeta, ale np. po starocerkiewnosłowiańsku – nie każdy zna ten język, więc taki tatuaż byłby tylko dla mnie i co? Pewnie teraz bym żałowała. Oczywiście nadal jesteśmy razem, ale dojrzałam do tego, by wiedzieć, że w ten sposób oszpeciłabym własne ciało, taki tatuaż jest kiczowaty i nic nie wniósłby do mojego życia. Prawdziwe uczucie i jego wyraz powinien być w sercu, a nie na dupie ;)

  • też tego nie cierpię, nie rozumiem takich ludzi i uważam, że takie tatuaże to żenada plus życiowy błąd ;)

  • Olka Wróblewska

    Ach, jak bardzo mi się nie podoba taki tok myślenia. Mam tatuaż – z YNWA. I zakładam, że kiedyś, może jak rzucę się w wir pracy albo będę w ciąży z piątym dzieckiem, przywiązanie do Liverpoolu i kibicowanie jako hobby stanie się dla mnie jedynie weekendową rozrywką a nie pasją jak teraz. O tatuażu związanym z chłopakiem z którym jestem śmiesznie krótko, bo niespełna rok, myślę. I co ja, biedna, zrobię, jak mnie rzuci, zdradzi albo umrze w wieku jamesodeanowym i będę miała dość czasu, żeby się jeszcze raz zakochać? Nic, bo uważam, że część życia, którą już z nim spędziłam, wywarła na mnie ogromny wpływ, była bardzo ważna i, moim zdaniem, godna upamiętnienia. A to moje ciało i nikomu nie muszę się z tego tłumaczyć – chyba że, odpukać, kolejnemu chłopakowi. Ale jeśli tego nie zrozumie, jeśli nie pojmie, że przed nim też miałam życie o którym chcę pamiętać i które uwieczniłam w ten a nie inny sposób, to raczej długo nim nie zostanie. Dajmy gejom gejować, tatuażystom tatuować, i ludziom postępować, jak chcą, dopóki nie robią tym nikomu krzywdy.

    • Nie no, jasne – jeśli chcesz tatuować sobie imię chłopaka (czy cokolwiek innego, co jest z nim związane), proszę bardzo. Dla mnie jednak to nadal głupota. Taki tatuaż wiąże się ze wspomnieniami do końca życia (bo nieczęsto zdarza się, że ktoś je później usuwa), a czasami są ludzie, o których po prostu chce się zapomnieć, nawet jeśli kiedyś było nam z nimi dobrze. Oczywiście pod żadnym pozorem Ci tego nie życzę, ale różnie bywa. :> Nie rozumiem ludzi, którzy ryzykują, że każde spojrzenie na kawałek swojego ciała będzie wiązało się z szeregiem mało przyjemnych wspomnień – bo po gwałtownym rozstaniu związanym np. ze zdradą rzadko kiedy zapamiętujemy ludzi w superlatywach. Tak działa psychika ludzka. I okej – nikt nie gwarantuje, że Twój związek skończy się akurat tak. Ale nikt też nie twierdzi, że jeśli się ze swoim lubym (hipotetycznie) rozstaniesz, to będzie to rozstanie pokojowe. :>

      • Olka Wróblewska

        No to wtedy zostanę zakonnicą, a tatuaż będzie mi przypominał o tym, że chłopcy są gupi i niefajni. Wydziarania sobie kwiatka też możesz kiedyś żałować, bo się pomarszczy, zacellulituje, stracisz przez niego szansę na superpracę albo okaże się, że twoje dziecko ma alergię na ten gatunek i umrze, bo spuchnie mu pół układu oddechowego od sztachnięcia się pyłkiem.

        • Możliwe, ale to wciąż nie jest ta sama półka znaczeniowa. Przynajmniej dla mnie. Ale jak to mawiają każdy ma swój rozum (a przynajmniej powinien taki mieć) i będzie robił to, na co ma ochotę i co uważa za słuszne. Jego sprawa. :>

  • Praktyczna rada z tym pośladkiem. xD Choć ja ogólnie tatuaży nie lubię i żadnych nie mam.

  • Też tego nie rozumiem. Sama tatuaż mam, ale w życiu nie zrobiłabym sobie czyjegoś imienia. Nawet gdybyśmy byli 50 letnim małżeństwem. Miłości nie trzeba udowadniać na ręce. Bardzo rozśmieszyło mnie rozumowanie jednej pary. Mąż wytatuował sobie „z miłości” imię żony i dzieci, ale na wakacje pojechali osobno, bo „musi odpocząć od rodziny ;)”. Ot taka to miłość!

    • A mój były wytatuował sobie moje inicjały. Teraz ma nową, ciekawe, czy udało mu się to przerobić :D

  • Przy okazji czytania tego wpisu przypomniał mi się Johnny Depp, który miał tatuaż z tekstem „Winona forever”, a później zmienił na „Wine forever” XD To przecież zawsze jest jakiś sposób! :) Tylko, że ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Pamiętam jak kiedyś laski z mojej klasy robiły sobie cyrklem rany z inicjałami ukochanego. Jedna miała dosyć głębokie blizny. Ciekawa jestem, czy się teraz ich nie wstydzi.

  • W internecie pełno jest historii o przemalowywaniu „pozwiązkowych” tatuaży. Moim zdaniem robią je tylko idioci. Przy okazji dają wskazówkę otoczeniu odnośnie swojej inteligencji.
    Myślę, że chcesz wiedzieć – nie działa mi pasek przewijania na Twoim blogu. Nie wiem czy tylko mnie, ale mówię na wszelki wypadek.

    • Ojoj, bardzo dziękuję za informację. Z jakiej przeglądarki korzystasz? :)

      • z firefoxa

        • A jesteś pewna, że to problem z przewijaniem? :) Bo suwak na blogu na funkcję „chowania się” gdy przez chwilę się nie przewija. Spróbuj strzałkami i zobacz czy wtedy się pojawi – jeśli to nie problem oczywiście. :)

          • Nie pojawia się wcale, musiałam używać klawiszy

          • Meh, no dobrze, spróbuję to ogarnąć. W każdym razie dzięki za informację raz jeszcze! :)

          • Nie ma za co ;)

  • Świetne miejsce na imię. :) A co do takich „personalnych” tatuaży to ja ich też nie rozumiem. Ewentualnie pierwsza litera jeszcze, ale tylko dlatego, że to łatwo zakryć w razie potrzeby (zmiany).

  • Może nie nazwała bym tych co sobie robią takie tatuaże idiotami, bo wydaje mi się że w tym momencie gdy podejmują decyzję o tatuowaniu sie są tak oszołomieni miłością, że myśl o tym, że mogliby nie być razem najzwyczajniej w świecie mogłaby ich zabić. Tak więc może nie nazwałabym ich tak czy siak ale też nie zrobiłabym sobie tatuażu z motywem mojego faceta nawet jeśli chodziłoby o małe inicjały.

  • Też mnie zawsze śmieszyły te ‚fejsbukowe’ związki – tzn takie obnoszenie się z tym, a później usuwanie zdjęć itp. A jeśli chodzi o tatuaże, to nawet nie skomentuję, bo dla mnie to idiotyzm. Dobrze że klucz czy kłódka są dość uniwersalne, ale np. czyjś portret czy imię to dla mnie gruba przesada.

  • Świetna puenta w ostatnim akapicie. :) Ja jednak byłabym ostrożna…

  • Z moich obserwacji wynika, że jakieś 80 % związków z liceum nie przetrwało próby czasu, nawet jeśli studiowali w jednym miejscu. Imiona to sobie można wytatuować, swoich dzieci ;)

  • Wspólny tatuaż to jak małżeństwo – ryzyko. Można nazywać oba pomysły głupotą, ale czy nią faktycznie jest lepiej zostawić do rozwagi samym zainteresowanym.

  • Zgadzam się w pełni. Też chcę zrobić sobie tatuaże, ale nie ważne jak będę kochać moją przyszłą dziewczynę/żonę to nie zrobię sobie tatuażu z jej imieniem. Kłódka/klucz są jeszcze na tyle spoko, że potem w innym towarzystwie można wymyślić nową historię stojącą za taką dziarą ;)

  • mako

    Zgadzam się w 100%. Jest tyle innych pięknych wzorów, które można przenieść na skórę…. już prędzej zrozumiem tatuowanie sobie dat, imion itp dzieci … one będą „nasze” zawsze ;)

  • Opcja z pośladkiem najlepsza!! ;)
    Popieram Twoje zdanie w 100%. Nigdy nie mas pewności jak potoczy się związek- a dziara na całe życie zostaje. Wtedy albo cover albo usuwanie- co boli kurewsko (za przeproszeniem ;)

  • Już samo zarzekanie się na wszystkie świętości i przyrzekanie miłości do grobowej deski jest średnio wiarygodne, a co dopiero tatuaże z imionami… :P
    Zostaję tu na dłużej!

  • Nie mogę zdecydować się już drugi rok na zrobienie jakiegokolwiek tatuażu, ale zrobienie tatuażu nawiązującego do drugiej osoby nigdy sobie bym nie zrobił. To jest element porównywalny do zabójstwa, bo mamy to na co dzień – na sobie lub w pamięci.

CZEŚĆ!
Studiuję polonistykę, piję dużo książek, czytam jeszcze więcej kawy i czasami trochę miesza mi się od tego w głowie. :)
Najpopularniejsze
Facebook
Wyzwanie czytelnicze
Obserwuj mnie na Instagramie

@gabriela.deda